asia@pasya.pl | +48 796 092 103

POKOCHAJ SWÓJ LĘK – Morsowanie

W 2018 r powróciłam do Polski, pełna entuzjazmu, pozytywnej energii z poczuciem głębokiej misji pracy z ludźmi, zwłaszcza z kobietami, które poszukują drogi do siebie.

Wiele osób twierdziło, że nasz powrót jest beznadziejny pomysłem, bo przecież na wyspach mieliśmy wszystko: poukładane życie, piękny apartament, pieniądze, spokój, mąż miał bardzo dobrą, stabilną pracę, ja mogłam nie pracować, kreować i bujać w obłokach…

Jednak głos mojej intuicji był tak silny, że postawiłam wszystko na jedną kartę, oznajmiłam chłopakom, że już czas się pakować i wracać, bo moja dusza ma robotę do zrobienia w Polsce.

Nie było entuzjazmu z ich strony. Synek miał zaledwie 10 lat, szkołę, którą uwielbiał w Cambridge, mąż też czuł się bardzo dobrze w Anglii, ale uszanowali moją decyzję. Spakowaliśmy 17 lat życia w Wielkiej Brytanii i wróciliśmy w nasze rodzinne strony do Gdańska. Od zawsze kochałam morze, tę potężną nieokiełznaną energię wody i otwartą przestrzeń. Pamiętam, że od dziecka jeździliśmy całą rodziną na plaże w Jelitkowie, na Stogach, do Brzeźna, czasem bywaliśmy na Górkach Wschodnich i Wyspie Sobieszewskiej. Żywioł wody jest gdzieś zapisany w historii mojej duszy, ta miękkość, ciągły przepływ, flow, przybieranie różnych form, ale także ogromna siła są mi bardzo bliskie.

Mieszkając w środkowej części Anglii bardzo cierpiałam bez dostępu do morza, dzieliło nas kilka godzin do najbliższego wybrzeża. Kiedy tylko miałam spadki energii lub popadałam w stany depresyjne, wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy na południe kraju bym chociaż na godzinę lub dwie mogła się doładować. Morze działa na mnie jak lekarstwo, jak źródło boskiej uzdrawiającej mocy, do której mogę się podłączyć i zasilić kiedy tylko tego potrzebuję. Kocham ten żywioł, tę wolność, różnorodność barw, formy, zmienność, nieprzewidywalność, ciągły ruch, a jednocześnie ogromne zatrzymanie i głęboki spokój.

 

Wróciliśmy pod koniec wakacji, pogoda była piękna, słonko rozpieszczało nas aż do jesieni. Czułam się taka szczęśliwa. Przyszedł listopad, a wraz z nim pojawiła się ciemność, zimno, stagnacja… w ciągu tygodnia zauważyłam, że coś się zmienia, że energia spada. Zaczęłam przyglądać się, co się dzieje ze mną, z ciałem, z umysłem. Traciłam siły fizyczne z dnia na dzień, psychicznie przyszedł dołek. Przypomniałam sobie ten stan, którego doświadczałam w UK, zwłaszcza w okresie jesienno zimowych. Lekarze zdiagnozowali mnie z SAD Sezonową Depresją, która spowodowana jest brakiem światła słonecznego. Bardzo szybko spadał mi poziom witaminy D i przychodził stan zmęczenia, braku sił, motywacji do czegokolwiek.

Łudziłam się, że ten stan już nigdy nie wróci jak zamieszkam w Polsce. Jednak przyszedł tak nagle, z zaskoczenia. Czułam się tak bezradna, że zwróciłam się do lekarza o pomoc (a nie korzystam praktycznie w ogóle ze służby zdrowia). Stwierdził dokładnie to samo: ma Pani wszystkie objawy SAD i nie może żyć w zimnym klimacie bez słońca, Polska nie jest dla Pani najlepszym wyborem.

Pamiętam, że posmutniałam. Lekarze w UK mówili to samo, że powinnam wyjechać, zmienić kraj, klimat na cieplejszy. Jakoś przebrnęłam przez ten pierwszy, ciężki, jesienno-zimowy sezon. Skończyło się na słonecznych wakacjach na Malcie w lutym, gdzie szybko odzyskałam siły, energię i chęci do działania.

Przyszedł kolejny rok. Długo myślałam jak poradzić sobie z tą pogodą, trudnym dla mnie klimatem. Jednego byłam pewna, nigdzie nie wyjeżdżam, chcę mieszkać z rodziną tu w Polsce nad moim ukochanym morzem.

 

No, ale jak pokonać ten lęk przed zimnem i ciemnością?
Jak utrzymać te wysokie wibracje cały rok?

Po prostu trzeba się z nim zmierzyć, jak w pracy ze swoim cieniem, nie walczyć, ale zaprzyjaźnić. Czułam ogromny opór przed chłodem, zimną wodą, wiatrem… ale podeszłam ze spokojem w sercu, jak do medytacji. Zaczęłam morsować, najpierw z koleżanką, później sama. Pokochałam ten stan zamrożenia, zatrzymania od pierwszego zanurzenia.

Radość, poziom szczęścia i euforii sięgał zenitu.

Tak zaczęła się moja przygoda z zimowymi kąpielami i zakończyła sezonowa depresja 🙂 Morsowanie to cudowny antydepresant, uwalnia endorfiny szczęścia i przede wszystkim hartuje ciało i wzmacnia ducha, poprawia krążenie i pracę serca. Z czasem przestajesz chorować, odczuwać zimno i stajesz się bardziej obecna, uważna, szczęśliwa ze spokojem w sercu. Cóż chcieć więcej 😍😍😍

W tym roku znów morsuję i zarażam tą cudowną praktyką kolejne osoby.
Nie mam żadnych objawów depresji SAD, czy spadków energii.
Czuję się fantastycznie, w pełni sił witalnych.
Ograniczenia istnieją tylko w Twojej głowie !!!
Wierzę, że możesz wszystko.
Pokochaj swój lęk przed zimnem, zaprzyjaźnij się z nim, zacznij morsować już dziś.
Ja zapraszam Cię do mojej grupy na Wyspie Sobieszewskiej.
Energia jest nie do opisania, trzeba przyjść, doświadczyć i poczuć na własnej skórze.

Z miłością

Asia

PODAJ DALEJ: